RSS
środa, 16 listopada 2011

Od wybuchu „afery orzełkowej” i prezentacji nowych strojów reprezentacji Polski minęło już kilka dni. Temat jest jednak ciągle na topie i nadal budzi sporo emocji. Stojąc z boku i przyglądając się całej sprawie, stwierdziłem jednak, że mam na to zupełnie inne spojrzenie. Tak – zupełnie inne…

Byłem blisko całej afery. Blisko kadry. Na każdym treningu, konferencji, w hotelu, na prezentacji strojów i wreszcie na meczu z Włochami. Przez cały tydzień. Wszystko to zwieńczyłem wyjazdem do Brzegu na spotkanie młodzieżówki z Niemcami.

Jako że regularnie czytam mnóstwo sportowych portali i piłkarskich blogów, po lekturze kilkunastu, a może i kilkudziesięciu artykułów na palący temat, ukształtował się we mnie pewien obraz całości. To naturalne.

Kiedy ludzie widzą w „Faktach” nagrania z ustawek kiboli, którzy piorą się po twarzach w jakimś lasku nieopodal Sochaczewa, w głowach oglądających nieświadomie kształtuje się obraz kibica złego, niszczącego wszystko co spotka na swojej drodze. Gdy jakiś morderca zabije człowieka, a w mediach przypina mu się łatkę fana Wisły Kraków, kibic znów budzi grozę. Społeczeństwo boi się przez to chodzić na mecze. Ilu jest takich, którzy wiedzą jak jest naprawdę? Takich, którzy wiedzą, że żeby wrócić z meczu piłkarskiego z obitą buzią, trzeba się natrudzić, zrobić coś mega głupiego i jednoznacznego…

 Wiadomo - jeśli ktoś na „Żylecie” podpali szalik Legii, dostanie oklep. Tak być musi. Ale czy ktoś, kto nie chce szukać zwady, znajdzie ją na stadionie? Ile procent szansy ma na taki scenariusz?

Albo reklamy. Chcemy kupić proszek do prania. Na półce w supermarkecie widzimy: „Dosię”, „Vanish” i „Czyścimajcioch”. Pudełka tej samej wielkości, różnica w cenie niewielka na korzyść tego ostatniego. Ale sięgamy po „Vanish”! Bo ufamy różowej sile. No, ewentualnie „Dosia”, przecież ona wypierze wszystko prócz kieszeni... O „Czyścimajciochu” za to w telewizji nie słyszeliśmy nigdy, więc nie kupujemy tego „chłamu”. Mimo że robimy to nieświadomie, tak to niestety działa. Przykłady można by mnożyć.

Ale wróćmy do orzełka!

Jest już ukształtowany pewien nurt. „Dramat! Jak można zrobić koszulkę bez orzełka?!” - krzyczą kolejni kibice. Sam się na tym złapałem. Po meczu z Włochami pytałem Adriana Mierzejewskiego: „Nie dziwnie się grało bez niego?”. Dzień później o ostatnim występie z orzełkiem na piersi rozprawiałem z kadrowiczami do lat 20 - Michałem Żyro i Rafałem Wolskim. A nuż powiedzą coś ciekawego! To się sprzeda, o orzełku chce przecież czytać każdy.

Ale ten nurt, tak mówiąc szczerze, wcale mi się nie podoba. Zupełnie mi nie odpowiada. Podczas prezentacji, przyznam się bez bicia, nie zwróciłem na brak godła specjalnej uwagi. Może jestem mało spostrzegawczy? Może. Myślę jednak, że gdyby wielu kibiców nieco zgłębiło ten temat, także zmieniłoby swoje stanowiska.

Ale jedni nakręcają drugich. To tak jak z piłkarzami. Na weszlo.com czytamy o dziennikarskiej modzie i oglądaniu meczów w telegazecie. - (...) Generalnie wszyscy powielają jakieś schematy myślowe. Hasło - ten dobry! I kolejni piszą - dobry, bardzo dobry. Potem - zmiana, jednak zły! I wszyscy piszą - jednak zły, bardzo zły. Coś w tym jest...

I tak Marek po czwartkowym Teleexpressie zadzwonił do Darka: - Ty, ale afera. Nowe stroje kadry zaprezentowali. Nie ma orzełka! - zakomunikował. - Co kur**?! Nie ma orzełka? Jak to możliwe? - odpowiedział kolega.

Jedni nakręcają drugich, następni kolejnych. I wnet ktoś podczas meczu intonuje: „Gdzie jest orzeł?! Gdzie jest orzeł?!". Za nim, nie myśląc za wiele, śpiewa cały stadion. Przypomina się pamiętne „Gdzie jest krzyż?!”. Taki mały remix.

Na prezentacji strojów dziennikarze otrzymali repliki nowych koszulek. Kilka dni później zajechałem do rodzinnego domu i pokazałem prezent od Nike mamie. - Przecież jest orzełek, więc o co chodzi? - zapytała. No właśnie. O co chodzi? Jak powiedział mi Darek Dudka, orzełek jest, trochę trójwymiarowy, ale jest. Jest korona, jest napis "POLSKA" i są biało-czerwone barwy. To chyba najważniejsze? Koszulka wcale, wbrew powszechnej opinii, nie musi być złem wcielonym.

Mnóstwo reprezentacji na swoich trykotach nie ma godła. Słychać głosy: „nie patrzmy na innych”. Ale nie sposób jest tego nie robić. Skoro w szkoleniu młodzieży, budowie stadionów czy metodach treningowych podpatrujemy najlepszych, zajrzyjmy także na ich koszulki.

Na przykład Holandia. Oni od zawsze występują z herbem federacji na koszulce. To ich tradycja. Ale ten herb także przechodzi renowację. A  Francja? Co z tego, że ciągle ma charakterystycznego Koguta? Przeszedł on lifting, podobnie jak nasz orzełek. Zawijas zastąpił herb/godło. Oba są do siebie szalenie podobne. Ciekaw jestem, czy we Francji wybuchła podobna afera. Bo według mnie, ich sytuacja jest najbliższa polskiej.

Poza tym, decyzji o rezygnacji z orzełka nie można sensownie wytłumaczyć, argumentując, że „związek chciał na tym zarobić”. Logotyp reprezentacji i sam znaczek Nike wystarczają, by danego wzoru nie można było powielać. Tu chodziło o coś więcej. O tę nowoczesność, dynamikę, z której nabijają się kolejni szydercy.

Nie chciałbym, by ten tekst wyglądał jak jakiś pean gloryfikujący PZPN. Nie tak powinien być on odebrany. To tylko moje zdanie na temat skandalu, który został według mnie rozdmuchany. I to do absurdalnych granic.

Zdanie kibiców na temat koszulki znam. Wiem także, po której stronie barykady stoi większość dziennikarzy. Niemniej, jak mawiał Terencjusz: ile ludzi, tyle zdań. I ja swojego stanowiska nie zmienię. Dlaczego? Bo głowę mam pełną argumentów - zarówno za, jak i przeciw. Tych drugich jest znacznie więcej, ale jakoś do mnie nie trafiają. Nie zawsze trzeba płynąć z prądem. Choć sam nie wiem po co, ale może czasem warto spróbować pójść w pożar, gdy wszyscy kierują się do wyjścia ewakuacyjnego? 

13:03, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 sierpnia 2010
Blamaż, kompromitacja, totalna klapa - w takich słowach można podsumować kolejny rok "występów" polskich drużyn w piłkarskiej Lidze Mistrzów. Lech Poznań, jako mistrz Polski, miał nareszcie przełamać naszą fatalną passę w tych rozgrywkach. Z szansy tej jednak nie skorzystał…

Po ciężkiej przeprawie z Interem Baku kibice Kolejorza musieli spojrzeć na szanse Lecha nieco mniej optymistycznie. Jakby nie patrzeć - wygrana w rzutach karnych z drużyną z egzotycznego Azerbejdżanu do sukcesów nie należała. Mimo drobnej wpadki, wiara w sukces była nieustanna i w obliczu dwumeczu z wyżej notowaną Spartą Praga, cała Polska w roli faworyta widziała zespół Zielińskiego. Należałoby zadać pytanie: dlaczego? Dlaczego wciąż stawiamy nasze kluby w roli faworytów i czujemy się lepsi od "piłkarskiego podziemia"?

- Zachowujemy się jakbyśmy byli piłkarską potęgą. Dzisiejszy mecz z pokazał, że w sporcie nie można nikogo lekceważyć. Trochę więcej pokory. Musimy wreszcie przestać wspominać historię i zacząć ją pisać sami - powiedział na łamach Wirtualnej Polski Robert Korzeniowski, po dwumeczu z Interem Baku.

Przeanalizujmy ostatnie lata w Lidze Mistrzów, a konkretnie fazy grupowe tych rozgrywek.

W minionym sezonie swoich reprezentantów miało 18 krajów. Rok wcześniej w tych elitarnych rozgrywkach występowały kluby z Białorusi i Danii. Gdybyśmy sięgnęli historii i sporządzili chronologiczny ranking, Polska wyląduje na… 31. miejscu!

Ostatnie udziały poszczególnych krajów w grupowej fazie Ligi Mistrzów:
2009/10 Anglia, Hiszpania, Włochy, Francja, Niemcy, Rosja, Rumunia, Portugalia, Holandia, Szkocja, Turcja, Ukraina, Belgia, Izrael, Grecja, Szwajcaria, Cypr, Węgry
2008/09 Białoruś, Dania
2007/08 Czechy, Norwegia
2006/07 Bułgaria
2005/06 Austria, Słowacja
2003/04 Serbia i Czarnogóra
2000/01 Szwecja
1999/00 Słowenia, Chorwacja
1998/99 Finlandia
1996/97 POLSKA (Widzew Łódź)

Jak widać na powyższym zestawieniu, od czasów Widzewa w Lidze Mistrzów nie istnieliśmy. Polskę rozpalały kolejne "triumfy" Wisły, Groclinu i Lecha w Pucharze UEFA. Na dobrą sprawę w naszej klubowej piłce XXI wieku były to jedyne pozytywne aspekty (o ile w ogóle za takie można uznać awanse do TOP 16 czy TOP 32 Pucharu UEFA, notabene będącego dla wielu pucharem pocieszenia).

Nie trzeba długo szukać, bo wyniki mówią same za siebie. Według statystyk jesteśmy piłkarskim słabeuszem. Eliminowały nas już kluby z Estonii, Gruzji czy Norwegii. To wstyd? Owszem. Ale nie to jest najgorsze. Polacy wszystkie te porażki traktują w kategorii wpadek. Na każdą szukają sensownego wytłumaczenia, jakiegoś usprawiedliwienia. Musimy wreszcie zrozumieć, że takie istnieje tylko jedno - poziom naszej ligi jest zatrważająco niski! Tak, liga sama w sobie jest ciekawa, ale do piłkarskiej Europy sporo nam jeszcze brakuje! Musimy zmienić naszą mentalność, zmienić nastawienie - nie należymy do krezusów futbolu! Zejdźmy w końcu na ziemię...
17:51, pmamczak
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 grudnia 2009
Wreszcie doczekaliśmy się piłkarza, który może być gwiazdą na europejską skalę! Ireneusz Jeleń, bo o nim mowa, świadczy o sile AJ Auxerre nie od dziś. W zeszłym sezonie wyróżniał się spośród piłkarzy Jeana Fernandeza i w 26 meczach strzelił aż 14 goli. Dopiero jednak ten sezon pokazuje, ile wart jest nasz snajper.

Fatalny początek

Sezon Ligue 1 zawodnicy z Auxerre rozpoczęli bez Jelenia. Irek pauzował z powodu przepukliny. Po czterech kolejkach AJA nie mieli powodów do radości: 3 porażki i remis z US Boulogne dawały im 19. pozycję we francuskiej ekstraklasie. Kiedy wydawało się, że w klubie dwóch Polaków (poza Jeleniem AJ Auxerre reprezentuje także Dariusz Dudka) nastał kryzys, do gry powrócił były napastnik Wisły Płock...

Wspaniała passa

Powrót na boisko wychowanka Piasta Cieszyn zmienił oblicze zespołu, który po 70 dniach, w czasie których rozegrano dziewięć kolejek ligowych, wyszedł na czoło Ligue 1! Cała Francja i część Europy przecierały oczy ze zdumienia, a AJ Auxerre z bilansem 8-2-3 prowadziło w tabeli francuskiej ekstraklasy.

Kolejny uraz

26 listopada media poinformowały, że Jeleń znów doznał kontuzji. Tym razem problem dotyczy prawego bicepsa. Ten uraz wyeliminował Polaka z gry przeciwko PSG i Nancy, a oba mecze Auxerre... przegrało!

Statystyki nie kłamią

Jak łatwo zauważyć, od momentu powrotu Jelenia, drużyna wygrała aż osiem spotkań, notując przy tym zaledwie jedną "wpadkę" - remis z AS Saint-Etienne. Gdy napastnik biało-czerwonych był do dyspozycji trenera, Auxerre zdobyło zatem 25 punktów! Patrząc na tabelę, widzimy, że zespół ze Stade l'Abbé-Deschamps ma w dorobku 26 oczek, a przecież kolejek było aż 15!

Reasumując...

40% bieżącego sezonu Jeleń spędził poza boiskiem - to te 40%, które kibice z Burgundii chcieliby wymazać z pamięci. Wszyscy fani AJA już nie mogą się doczekać, kiedy nasz rodak wróci na plac gry. Bez tego ekipa Fernandeza nie będzie chyba w stanie osiągnąć żadnego sukcesu. Taki zapewniłby promocję nie tylko Jeleniowi, ale także całemu polskiemu narodowi, bo przecież nikt wtedy nie rezygnowałby zbyt pochopnie z żadnego polskiego zawodnika. A może już niebawem zobaczymy Irka w koszulce Juventusu? Pozostaje mu tylko życzyć zdrowia!
19:59, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 listopada 2009
Minęły przeszło dwa miesiące od mojej ostatniej notki na blogu. Nie mam weny i pomysłów, bo na te potrzebny jest czas. Odkąd zacząłem studiowanie nieustannie mi go brakuje. Są jednak tematy, które same się nasuwają, takie, które wypływają same z siebie. Jednym z nich jest właśnie dzisiejszy tekst, dotyczący bezpośrednio wczorajszego meczu Śląska Wrocław z Odrą Wodzisław.

Jak co dwa tygodnie, gdy Śląsk rozgrywa swój mecz przy Oporowskiej 62, udałem się na stadion. Prześledziłem mecz, porozmawiałem w mix-zonie z zawodnikami i udałem się na konferencję prasową. Tam rozpoczął tradycyjnie trener gości, w tym wypadku Robert Moskal. I tu wszystko się zaczęło…

- Dużo dziś nie powiem, bo cóż mogę powiedzieć po takiej grze. W pierwszej połowie oddaliśmy zupełnie plac, byliśmy za miękcy, za delikatni. Bardzo prosto dawaliśmy się ogrywać. Meczu nie można zaczynać od wyniku 0:2 czy w tym przypadku już nawet 0:4 - zaczął mało entuzjastycznie Moskal.

-Chciałbym doczekać, bym mógł sam przygotować sobie zespół i sprowadzić ludzi, którzy będą chcieli walczyć na boisku i dla nich Ekstraklasa będzie wyzwaniem - kontynuował, intrygując mnie coraz bardziej. - Robimy proste błędy. Ustalamy jakąś taktykę, a potem i tak bierze to wszystko w łeb. Wolałbym, żeby te dwie kolejki wiosenne nie były rozgrywane.



Chcąc nie chcąc podsumował swoich zawodników, wytykając im proste, szkolne błędy. - Jak już zagramy jeden mecz w miarę przyzwoicie, to drugi bierze w łeb. Dostajemy bramki na początku meczu. Wiemy jak bije Śląsk rzuty rożne, wiemy, że będzie bita piłka na krótki. Mamy ruszyć do piłki, po czym zostaje człowiek, jest głowa i gol. Druga bramka rzut karny - trzech zawodników daje się nabrać na ten sam zwód i jeszcze karnego robią. Ludzie kochani - to jest Ekstraklasa.

Po stwierdzeniu to jest Ekstraklasa przed oczami pojawił mi się trener Lesiak, który nie tak dawno z hukiem wyleciał z Zagłębia Lubin. Zapytałem więc czy Pan Moskal ma w ogóle jakiś pomysł na wyjście z tego dołka, jeszcze teraz, na te trzy najbliższe kolejki. - Bardzo pozytywnie zagrał dzisiaj prawy obrońca, chłopak bez kompleksów, 91’ rocznik. Można powiedzieć, że w drugiej połówce najlepszy zawodnik meczu. To będzie musiał być kierunek - odpowiedział szkoleniowiec Odry.

W pewien sposób, trener Moskal rozśmieszył mnie tą wypowiedzią. Jego podejście do zespołu wydało mi się całkowicie niekompetentne. To nie trener, który potrafi wykrzesać więcej z zawodników niż to, na co ich stać. To nie trener wpływający pozytywnie na psychikę piłkarzy - to szkoleniowiec, który w ten sposób demotywuje piłkarzy!

Gdybym ja usłyszał w szatni wypowiedź taką, jaką usłyszałem na pomeczowej konferencji, nie sądzę, by przyszła mi ochota do gry. Nie sądzę, bym na drugie 45 minut wychodził z mobilizacją i wolą walki. Wręcz przeciwnie, zastanowiłbym się nad swoją karierą i dalszym jej losem. Czy to nie właśnie trener ma wspierać swoich graczy w najtrudniejszych chwilach? I czy właśnie takie nie nadeszły teraz w Wodzisławiu? Czy Jose Mourinho kiedykolwiek podszedł podobnie do swojego zawodu? A może tak przez nas ceniony Franciszek Smuda w podobnym tonie wypowiada się na konferencjach?

Zażenowany całą sytuacją, podszedłem jeszcze do Pana Moskala, zanim ten wszedł do klubowego autokaru. Oto co usłyszałem po zarzucie, że nie wierzy w swój zespół: - Czy ja coś powiedziałem na swoich zawodników? Czy starałem się obrazić swoich zawodników? Przecież oni sami wiedzą, jak dziś zagrali.

Sami oceńcie czy trener Moskal "powiedział, czy nie powiedział". Fragmenty konferencji przedstawione są zresztą wyżej.

Na koniec - wracając do stwierdzenia to jest Ekstraklasa: No właśnie Panie Robercie, trenerzy także powinni prezentować najwyższy, choćby krajowy poziom…
14:30, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 września 2009
Nieco ponad godzinę temu remisem 1:1 zakończyło się spotkanie Wisły Kraków z Polonią Bytom. Krakowianie stracili pierwsze punkty w tym sezonie, ale co gorsza, z powodu urazów boisko musiało opuścić dwóch obrońców Białej Gwiazdy.

W 34. minucie spotkania na plac gry desygnowany został Peter Singlar. Zmienił on mającego żołądkowe problemy Pablo Alvareza. Fakt ten warty jest odnotowania szczególnie dlatego, że Słowak dopiero co wrócił do składu po dłuższej absencji. Poważna kontuzja, doznana w lipcu, uniemożliwiła mu grę w eliminacjach do Ligi Mistrzów oraz w pierwszych ligowych meczach sezonu. Wszystko było dobrze, aż do... 70. minuty. Prawy obrońca Wisły upadł na środku boiska i po chwili musiał je opuścić, już w asyście lekarzy. Trener Skorża wykorzystał wcześniej limit trzech zmian, zatem Wiślacy radzić musieli sobie w dziesiątkę.

Mimo bólu, Peter wrócił na plac gry i grał do końca. Może GRAŁ, to za dużo powiedziane... Ewidentnie było widać, że nie nadaje się do gry, kuleje i ma problemy z poruszaniem się po sosnowieckiej murawie. Raz po raz podczas akcji Polonii było widać chaos w defensywie gospodarzy.

Arek Głowacki, kapitan Krakowian, nie wiedział co robić. Z jednej strony widział dobrze ustawionego partnera, z drugiej jednak wiedział, że nie jest on dysponowany, z czego wynikło kilka nieporozumień. Na szczęście dla Wisły nie zakończyły się one bramkową wpadką.

Przed chwilą odwiedziłem oficjalną witrynę Wisły Kraków. Doczytałem się na niej słów wypowiedzianych przez Macieja Skorżę po meczu: - Wyrazy szacunku dla Petera, który na własną prośbę, mimo podejrzenia groźnej kontuzji, kontynuował grę do końca. Taka postawa zasługuje na najwyższe uznanie. Petera może czekać dłuższa przerwa, ale trzeba zrobić jeszcze dodatkowe badania.

Słowa te zmobilizowały mnie do napisania tego tekstu i do pewnych przemyśleń: "czy postawa Singlara to rzeczywiście heroizm z jego strony, czy też głupota i nierozwaga?". W moim mniemaniu to drugie.

Mecz ten to zwykły, ligowy pojedynek, których w sezonie jest trzydzieści. Takie ryzyko było zupełnie niepotrzebne. Grając w takim stanie, Wiślak ryzykował wiele - tego jak wiele dowiemy się wkrótce. Oby udało mu się uniknąć kary za swoją bezmyślność i oby uraz okazał się niegroźny. Co jednak, jeśli przez ostatni kwadrans Peter "doprawił się" i znów czeka go przerwa w grze? Jak na tę absencję zareaguje Skorża?
19:53, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 września 2009
Burza medialna wokół stanowiska selekcjonera polskiej kadry trwa. Kto zostanie trenerem biało-czerwonych? Wśród kandydatów wymienia się Franciszka Smudę.

Popularny Franz mówił już wiele razy, że objęcie drużyny narodowej to jego marzenie. Nie podpala się jednak zbytnio i idzie swoją drogą. Pod koniec sierpnia okazało się, że w najbliższym czasie zostanie szkoleniowcem Zagłębia Lubin. Miedziowi w pięciu kolejkach nie zdobyli nawet punktu. Pięć porażek, w tym kompromitacje z Legią, Wisłą i Piastem; 15 bramek wpuszczonych - jednym słowem kompletna klapa drużyny Lesiaka.

Smuda pracę rozpoczął od sparingu z Ruchem Chorzów. Wiadomo, że był to mecz towarzyski i nie wynik był w nim najważniejszy, jednak wygrana ostatniego zespołu Ekstraklasy z jej wiceliderem mimo wszystko była niespodzianką. Debiut Smudy okazał się udany, wszyscy czekaliśmy zatem na oficjalny, ligowy już pojedynek.


Dziś w Warszawie, o 14:45 odbyło się spotkanie Zagłębia z miejscową Polonią. Kto wygrał? A no podopieczni Smudy... Jest jeszcze za wcześnie, by oceniać Franza, ale sam początek jest godny odnotowania. Jak to jest, że tacy trenerzy jak on, czy też Orest Lenczyk zmieniają oblicza kolejnych drużyn? - Jeżeli jest się na samym dnie, walczy się zawsze o zwycięstwo. Zawsze powtarzam, że grając o zwycięstwo, można co najwyżej zremisować. A grając na remis, zazwyczaj się przegrywa. Dlatego dziś od początku nakazałem grę do przodu i walkę o trzy punkty - powiedział Smuda na konferencji pomeczowej. Sytuacja jest analogiczna do tej sprzed kilku tygodni, gdy Orest Lenczyk wprowadził nową jakość w Cracovii. Dziś Krakowianie mają się dobrze i w lidze próżno ich szukać w strefie spadkowej. Dość powiedzieć, że Goliński z Matusiakiem odrodzili się pod Wawelem i niebawem możemy jeszcze sporo o nich usłyszeć.

Ciekawe co teraz do powiedzenia ma Andrzej Lesiak, który nie tak dawno powiedział dobitnie, że w Zagłębiu nie ma piłkarzy na Ekstraklasę. A może to właśnie Pan Lesiak nie jest jeszcze na poziomie najwyższej klasy rozgrywkowej w naszym kraju? Według mnie na pewno. W brodę pluć sobie mogą także działacze poznańskiego Lecha. Chcieli oszczędzać, nie dali podwyżki, no to mają... Zielińskiego i grę w kratkę.

Kończąc ten tekst pragnę ocenić szanse Franciszka Smudy na posadę selekcjonera kadry. Otóż, Franza szanuję, uważam go za jednego z najwybitniejszych, bo jak napisałem wyżej, potrafi czynić cuda ze swoimi piłkarzami. Skoro chce, skoro jest to jego marzenie - dlaczego nie powierzyć mu takiej roli? To jednak tylko jedna strona medalu, a że kij ma dwa końce...

- Pamiętajmy, że przez najbliższe trzy lata nie zagramy żadnego meczu o punkty. Nowy selekcjoner będzie wykonywał pracę analityczną. Mnóstwo analiz, porównań, siedzenia przed komputerem, ale też wyjazdów po Europie w celu obserwacji piłkarzy. Franek Smuda to człowiek, który potrzebuje adrenaliny, emocji. Tymczasem aż do finałów Euro 2012 nie zagramy meczu o stawkę. Gdy Smudzie zabierze się na trzy lata możliwość gry o stawkę, krzyczenia, biegania wzdłuż linii bocznej boiska, on piłkarsko "umrze". Jako trener bardzo się zestarzeje. Wybór Franka byłby świetnym pomysłem, ale w marcu tego roku, gdy mieliśmy jeszcze szanse awansu. W tej chwili, jak wspomniałem, potrzeba człowieka o bardziej analitycznym umyśle - przed kilkoma dniami mówił Zbigniew Boniek. Czy popularny Zibi nie ma racji? Myślę, że niestety coś w tym jest.

Inna sprawa, że nasi Ekstraklasowi szkoleniowcy to TRENERZY. - Reprezentacja to nie trener, tylko selekcjoner, który musi umieć dobrać odpowiednich zawodników, nie zawsze najlepszych. Idealnym przykładem jest drużyna Hiszpanii. Przed EURO 2008 dziennikarze, "eksperci" i kibice nalegali na powołanie Raula. Był w świetnej formie. Luis Aragones nie ugiął się jednak i nie wziął go ze sobą na turniej. Efektem było mistrzostwo Europy - powiedział Jan Urban, po wczorajszym ligowym pojedynku we Wrocławiu ze Śląskiem. Czy więc Smuda-selekcjoner, będzie potrafił zaprezentować poziom taki, jaki prezentuje Smuda-trener?

Na to pytanie odpowiedzi znalazło by się pewnie tyle, ile głosów byłoby słychać. Jedno jest pewne: dopóki Franz nie dostanie swojej szansy, nigdy nie dowiemy się jak byłoby na prawdę.
21:13, pmamczak
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 września 2009
Katastrofa, porażka, kompromitacja, totalne dno - tak w skrócie podsumować można ostatni tydzień polskiej piłki nożnej. Media masowo na szubienicę skazują Leo Beenhakkera, jednak według mnie, zwolnienie należy się także innej osobie. Chodzi oczywiście o naszego kochanego prezesa, prezesa PZPN-u, Grzegorza Lato.

Fakt, nasze Orły nie zachwyciły, Don Leo nie uniknął błędów za swej kadencji, ale największe zło spływa z samej góry!

1. Zamknięte treningi reprezentacji

Tylko pierwszy kwadrans treningów biało-czerwonych był otwarty dla mediów i kibiców. Czemu miało to służyć? Przed kim i co chciał ukryć Holender? Na te pytania wciąż nie ma jasnej odpowiedzi. Wiemy natomiast, że kilka polskich rodzin, które na trening w Muehlheim przyjechały na rowerach, by choć trochę urozmaicić sobie życie poza krajem ich przodków, spotkało rozczarowanie.

2. Remis z Irlandią

Na sobotni remis nasi piłkarze niczym sobie nie zasłużyli. Remis bez stylu, bez wiary w sukces. Nie było polotu, fantazji, nie było walki. Brakowało dynamiki, brakowało skutecznych podań. W skrócie - bez ładu i składu. Trafiliśmy na tak słabą formę Wyspiarzy i straciliśmy cenne punkty. Potrafiliśmy zagrać w piłkę tylko przez trzydzieści ostatnich minut. I to wszystko w Kotle Czarownic...

3. Dwójka napastników

W meczu z Irlandczykami lepsze momenty gry Polaków i bramka miały miejsce wtedy, gdy na boisku przebywali Brożek z Lewandowskim. Dopiero po wejściu Lechity gra się nieco ożywiła. Wiemy o tym my, wiedzą dziennikarze, wiedział też sam Beenhakker. To on podkreślał, że musimy zagrać tak, jak w ostatnich dwóch kwadransach w Chorzowie. Pytany o możliwość wyjścia na Słowenię dwójką napastników, odpowiedział: - Jest taka opcja, myślimy o tym, to prawda. Wiele zależy jednak od formy piłkarzy.
Forma chyba nie przyszła, bo o 14:41 w środę w internecie pojawiła się nasza jedenastka na wieczór. Brożek jest, a gdzie Lewy?

4. Kiksy Boruca

Przez pewien okres czasu uważałem Boruca za jednego z największych. Przyznam szczerze, że był moim kandydatem numer jeden do wielkiej Barcelony, gdy ta borykała się z wpadkami Valdesa. Od zeszłego sezonu jednak, Artur to już nie ten sam zawodnik. Afera we Lwowie, kiksy w Celticu, problemy w życiu osobistym i kuriozalne gole przepuszczone w marcowym meczu z Irlandią Północną - tego było już za wiele.
Minęło pół roku, ostatnie mecze w Celticu zwiastowały, że nasz golkiper odzyskał dawną świeżość. Jest pewny siebie, można na niego liczyć w każdej sytuacji. Wczoraj jednak udowodnił wszystkim, że tak nie jest. Stare rany dały znać o sobie w najgorszym z możliwych momentów. Niewątpliwie gra obrońców, z Dariuszem Dudką na czele, także wołała o pomstę do nieba, ale Boruc mógł obronić co najmniej dwie bramkowe sytuacje. Dość powiedzieć, że przy pierwszym golu zawinił właśnie on, a w jednym z notowań internetowych portali został oceniony (w skali 1-10) na... minus pięć.

5. Blamaż w Mariborze

Ten punkt warto chyba pominąć. Kto czyta ten tekst, wie co działo się wczoraj w Słowenii. Nie ma sensu bym rozczulał się po raz kolejny nad środowym meczem, bowiem portale internetowe, telewizja, rozgłośnie radiowe i prasa zrobiły to już za mnie. I to bardzo skrupulatnie.

6. Wypowiedź Grzegorza Lato

Po raz kolejny rzeczywistość okazała się brutalna. Nie ma nas na mundialu. Jest to powód do rozgoryczenia, do zadumy i przemyśleń. Nie zmienia to jednak faktu, że trzeba zachować twarz! Najwyraźniej zapomniał o tym Grzegorz Lato... - Decyzja jest nieodwołalna. Usiądziemy do stołu z trenerem Beenhakkerem. Rozstaniemy się w zgodzie. Coś się wypaliło. Nowa miotła może lepiej pozamiata.
Czy spodobała mu się na tyle przenośnia z miotłą, że chciał się czym prędzej pochwalić nią przed kamerami? Może bał się, że któryś z jego serdecznych kolegów z zarządu go uprzedzi? To jest najmniej istotne. Zachowanie prezesa PZPN jest karygodne! Nie powiadomić szkoleniowca o zwolnieniu i zrobić to przed kamerami to szczyt podłości i arogancji! Świadczy on o braku godności i odrobiny dżentelmeństwa. Jak najbardziej zgadzam się w tym wypadku z Beenhakkerem: - To świadczy o klasie prezesa Laty - powiedział wyraźnie zdenerwowany Holender. - Biorę odpowiedzialność za wyniki, ale przynajmniej dobre wychowanie powinno sprawić, że najpierw ja powinienem się dowiedzieć o tym, że straciłem pracę.

7. Kompromitacja Laty o poranku

Ledwo wstałem, włączyłem komputer, telewizor, przejrzałem wiadomości. Śmiać się czy płakać? - Wczoraj zadziałały ciśnienie i nerwy. Trochę żałuję słów wypowiedzianych na gorąco, ale też jestem człowiekiem i chcę, aby polska reprezentacja grała na mistrzostwach świata. Mam nadzieję, że się spotkamy. Ja jestem nawet w stanie powiedzieć przepraszam za wcześniejszą wypowiedź. Najpierw powinienem jednak porozmawiać z trenerem i zakomunikować mu o mojej decyzji. Zadziałało jednak ciśnienie, stres, nerwy po spotkaniu. Nie ukrywam, że nie wycofuję się z decyzji jaką podjąłem - powiedział na antenie TVN24 prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej. Dziękujemy jego ekscelencji... Skoro "nawet" jest Pan w stanie przeprosić, zwracam honor.

Co dalej?

Zmiana trenera? To nieuniknione. Ale to nie zmieni NICZEGO w naszym futbolu. Co z tego, że będzie nowy szkoleniowiec? To tylko kropla w morzu, tak jak poszczególni piłkarze, szkolenie młodzieży czy skauting... Zacząć trzeba od korzenia, a w tym wypadku jest to zarząd związku. Nie może być tak, że na zgrupowanie do RPA "na wakacje" jedzie liczna delegacja PZPN-u. Nie może być tak, że mimo fatalnego stylu reprezentacji, kompromitacji klubowych drużyn w europejskich pucharach i ciągłych korupcyjnych zawirowań, prezes Lato otrzymuje podwyżkę! 50 000 złotych miesięcznie? Za co?! Za to, że musimy wstydzić się za naszych, Bogu ducha winnych, rodaków?

W 2004 roku, Władimir Putin przeprowadził rewolucję. Skorumpowany Rosyjski Związek Piłki Nożnej rozwiązał, zmieniając cały zarząd i eliminując popularny "beton". Nowi działacze potrafili zaprowadzić porządek i efekty są rewelacyjne. W 2005 roku CSKA Moskwa zwyciężyła Puchar UEFA. Trzy lata później podobny triumf świętował Zenit Sankt Petersburg. Reprezentacja Rosji zachwyciła wszystkich swoją grą na EURO, a dziś jak równy z równym z niemiecką machiną Joachima Loewa walczy o awans do mundialu. Nawet, jeśli nie uda się awansować z pierwszego miejsca w grupie, to nie sądzę by Sborna miała kłopoty z awansem z barażu. Liga rosyjska także zyskała na popularności i jest dużo wyżej notowana niż pięć lat temu. Do tego wszystkiego dochodzą Arszawin, Żyrkow czy Pawluczenko, znani z angielskiej Premiership i myślę, że więcej pisać nie trzeba.

U nas próby wprowadzenia kuratora do związku zakończyły się fiaskiem. Przed nami EURO 2012, więc narażanie się oficjelom UEFA byłoby niepoważne, ale bez tego nigdy nie wyjdziemy z obecnego bagna! Warto również w tym miejscu wspomnieć, że UEFA i FIFA nie zdecydowały się na żadne sankcje wobec Rosjan po "rewolucji Putina".
Bez zdecydowanych zmian nie uda się wrócić na szczyt, a kolejne Mistrzostwa Europy mogą okazać się jeszcze większą kompromitacją niż ostatnie mecze. A chyba nie chcemy, by wstyd jaki w ostatnim tygodniu poczuliśmy był obecny w nas przez całe lato 2012?

Poszczególne wypowiedzi zaczerpnięte z mediów (Telewizja Polska i TVN24)
18:39, pmamczak
Link Komentarze (1) »
środa, 02 września 2009
Coraz bliżej decydująca faza eliminacji do mundialu. Już za trzy dni arcyważny pojedynek z Irlandią Północną, a następnie wyjazd do Słowenii. Dwa mecze, sześć punktów - taki scenariusz to dla nas jedyna szansa, by Mistrzostw Świata w RPA nie śledzić tylko sprzed telewizorów. Czy Orły Leo Beenhakkera podołają temu wyzwaniu?

Dramat Wasyla, doping Wawrzyniaka, zniżka formy Obraniaka i brak klubu Smolarka - to główne tematy poruszane w mediach w ostatnim czasie; to główne obawy dziennikarzy przed spotkaniami kwalifikacyjnymi. Mi na pierwszy plan nasuwa się jednak inna myśl. W odróżnieniu od wyżej wymienionych, jest ona pozytywna...

Stadion Śląski, Kocioł Czarownic czy stadion sportowy, na którym Ruch Chorzów rozgrywał swe mecze w Ekstraklasie? A może arena sierpniowego koncertu U2? Nazewnictwo nieistotne. Istotne są fakty. Oficjalnie Stadion Śląski został Stadionem Narodowym w 1993 roku, jednak piłkarska reprezentacja Polski rozgrywała na nim swe najważniejsze mecze już 36 lat wcześniej. Chorzowski stadion przed wszystkim zasłynął meczem z 1973 roku, kiedy to Polska pokonała Anglię 2:0, w eliminacjach do MŚ 74. Bilans spotkań pokazuje, że naszej kadrze od zawsze w Chorzowie grało się bardzo dobrze: 23-17-13 (kolejno liczba wygranych-remisów-porażek). Jednak ciągle przedstawić chcę coś innego.


W ostatnich czterech latach, każdorazowo jesienią graliśmy na Śląskim jeden mecz. Każdorazowo ten mecz wygrywaliśmy, a wrażenie mam takie, że każde z tych spotkań pamiętam z najdrobniejszymi szczegółami. Piłkarskim fanom w pamięci nie zapadają zwykłe mecze, spotkania codzienne, których multum w swym życiu oglądamy. W naszej krwi płynie cząstka spotkań, na których przeżywaliśmy dodatkowe emocje, na które oczekiwaliśmy dłużej i dzięki którym nie potrafiliśmy zasnąć. To dzięki tym meczom wyzwoliła się z nas dodatkowa adrenalina, radość i szczęście poprawiające humor na kilka najbliższych godzin/dni.
Czy wy także, dziwnym trafem, pamiętacie gdzie i z kim oglądaliście te spotkania? Czy komentarz z tych meczów brzęczy wam w uszach, gdy spoglądacie na moją listę, na listę poniższych wydarzeń? Czy w końcu, przypominacie sobie uczucia, które towarzyszyły podczas oglądania tych transmisji? Wierzę w to, że tak, że nie jestem osamotniony i że tamte wspomnienia, także wam pozwalają uwierzyć w biało-czerwonych.

Jesienne spotkania reprezentacji Polski, rozgrywane w Chorzowie, w ostatnich czterech latach:
11.10.2008: Polska - Czechy 2:1
17.11.2009: Polska – Belgia 2:0
11.10.2006: Polska – Portugalia 2:1
03.09.2005: Polska – Austria 3:2

W tym roku (myślę, że nie przypadkiem) kadrę w Chorzowie czekają aż dwa mecze. Po sobotniej potyczce z Irlandią, w październiku podejmiemy tam także Słowację. Czy podobnie jak w 2001 roku, po remisie z Ukrainą czy sześć lat później zwyciężając Belgów, świętować będziemy awans do kolejnej wielkiej imprezy? Czy 54. i 55. mecz na Śląskim zakończą się wygranymi naszych Orłów? Miejsce rozgrywania meczu na pewno w tym nie przeszkodzi. Ba, może tylko pomóc. Oby! Będziemy trzymać kciuki.

PS Uprzedzając ewentualne pytania, w tytule pisząc "jego" miałem na myśli oczywiście selekcjonera Leo Beenhakkera. Jeśli Holender nie uzyska awansu do MŚ, co w dużej mierze zależy od jesiennych meczów w Chorzowie, pożegna się ze stanowiskiem trenera naszej narodowej reprezentacji.
16:58, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 sierpnia 2009
Ostatnie działania poszczególnych klubów i piłkarzy nasunęły mi pewną myśl. Zauważyłem olbrzymi napływ zawodników z Bałkanów do "piłkarskiego świata". Dość powiedzieć, że znaczą oni z dnia na dzień coraz więcej dla swoich drużyn.

Rozpad Jugosławii, wojna, liczne konflikty na tle rasowym i religijnym - wydawałoby się, że piłka nożna na półwyspie Bałkańskim zostanie zraniona na tyle dotkliwie, że by odbudować potęgę z lat 60. potrzeba będzie wielu dziesięcioleci. Nic bardziej mylnego. Po udanych występach reprezentacji Chorwacji podczas mundialu we Francji, wszyscy Vatrenich zaliczają do światowej czołówki. Również Serbia to zespół klasowy, a w ostatnim czasie rozwój futbolu w Bośni i Macedonii idzie w astronomicznym tempie.

Krótki przegląd piłkarskich gwiazd z wyżej wymienionych krajów:

Bośnia i Hercegowina

Przeglądając nazwiska poszczególnych reprezentantów Bośni, mam nieodparte wrażenie, że o istnieniu żadnego z nich, jeszcze rok temu, nie miałem zielonego pojęcia. Świetna jesień w Bundeslidze w wykonaniu beniaminka z Hoffenheim na pierwsze strony gazet wypromowała Vedada Ibisevicia i Sejada Salihovicia. Nic dziwnego, bo wyprzedzając takich potentatów jak Schalke, Bayern, Stuttgart czy HSV, popularni Wieśniacy zasłużyli na poświęcenie im sporej uwagi. Na dodatek pierwszy z dwójki na półmetku sezonu prowadził w klasyfikacji strzelców i to z olbrzymią przewagą nad innymi snajperami. W tym samym czasie, w Lechu Poznań eksplodował talent Semira Stilicia. Swoimi występami w lidze i Pucharze UEFA, ofensywny pomocnik Kolejorza zwrócił na siebie uwagę nawet skautów Celticu. Minęła jesień i przyszła wiosna, a mimo kontuzji Ibisevicia i fatalnego dołka Semira, Bośniacy nie schodzili z pierwszego planu. Edin Dzeko wraz z Grafite stworzył duet niemalże idealny. Dzięki postawie tej dwójki, wspieranej przez kolejnego Bośniaka - Zvjezdana Misimovicia, Wilki sięgnęły po mistrzostwo Niemiec. Taki sukces nie umknął uwadze największych w Europie, bo tuż po sezonie Milan złożył ofertę za Edina. Dzeko pozostał jednak w Wolfsburgu i w tym sezonie zaprezentuje się szerszej publiczności podczas rozgrywek Champions League. Kończąc już pierwszy akapit, nadmienić warto jeszcze o Miralemie Pjaniciu. O zawodniku z Lyonu mówi się jeszcze niewiele, ale prawdopodobnie niedługo ulegnie to zmianie. 19-latek w barwach Les Gones wywalczył sobie miejsce w wyjściowej jedenastce, a wraz z nowymi Lopezem, Bastosem i Gomisem tworzy "Lyon 2.0 beta".

Chorwacja

W tym kraju dobrze dzieje się już od dłuższego czasu. Wszyscy pamiętamy Davora Sukera i Zvodimira Bobana, a tych zawodników zastępują kolejni utalentowani gracze. O sile ofensywnej półfinalisty Pucharu UEFA sprzed roku, HSV Hamburg, świadczył duet Ivica Olić-Mladen Petrić. Vedran Corluka i Luka Modrić to podstawowi gracze londyńskiego Tottenhamu, Niko Kranjcar Portsmouth, a w Premiership bryluje także Eduardo da Silva. Najliczniej jednak Chorwaci okupują Bundesligę, w której poza wspomnianymi wcześniej Petriciem i Oliciem (przeszedł do Bayernu), grają także: Josip Simunić (Hoffenheim), Ivan Rakitić (Schalke 04) i Danijel Pranjić (Bayern Monachium). Swego czasu gwiazdą Werderu był Ivan Klasnić, a do bram wielkiej piłki pukają coraz głośniej Mario Mandzukić i Nikola Kalinić (więcej o nich w moim cyklu pod tytułem "W poszukiwaniu talentu"). Jest jeszcze Darijo Srna - pomocnik Szachtara Donieck, rewelacyjny i nieoceniony dla Chorwacji na wielkich imprezach. Polskiej publice natomiast, znany jest najlepiej Ivica Kriżanac - stoper rosyjskiego Zenitu. W przeszłości reprezentował on barwy Groclinu Grodzisk Wielkopolski.

Macedonia

Najbardziej rozpoznawalnym piłkarzem Czerwonych Lwów jest Goran Pandev. Napastnik Lazio to w zasadzie jedyny piłkarz europejskiego formatu z Macedonii, ale nie ma to odbicia w wynikach osiąganych podczas eliminacji do Mistrzostw Świata. Podopieczni Srecko Kataneca w grupie dziewiątej zajmują wysokie, drugie miejsce, wyprzedzając między innymi Szkocję i Norwegię.

Serbia

Ostatnim punktem mojego tekstu jest Serbia. Ten zespół w przeszłości posiadał wiele gwiazd. Począwszy od Mijatovicia i Mihailovicia, przez Milosevicia, Kovacevicia i Stankovicia, aż po Keżmana, Serbów reprezentowali zawodnicy "z nazwiskami". Na dzień dzisiejszy najpopularniejszy jest Nemanja Vidić, środkowy obrońca Manchesteru United. Niebawem innym podstawowym graczem Czerwonych Diabłów może być za to Zoran Tosić. Dejan Stanković reprezentuje barwy mediolańskiego Interu, Marko Pantelić dla berlińskiej Herthy strzelił 44 bramki, a Danko Lazović występuje w PSV Eindhoven. Nadzieją na najbliższą przyszłość jest też Milan Jovanović, snajper Standardu Liege. Rok temu ze swoim klubem zdeklasował Anderlecht w walce o mistrzostwo Belgii, a ten sezon upłynie na niego pod dyktandem Ligi Mistrzów.

Jak widać, piłkarskich talentów na Bałkanach nie brakuje. Nad morzem Adriatyckim potrafią szlifować diamenty, które posiadają. Dlaczego w Polsce, kraju dużo liczniejszym niż wyżej wymienione, nie mamy piłkarzy grających w największych klubach Europy? Manchester, Real, Arsenal, Tottenham, Wolfsburg, Bayern, Lyon, Lazio, Szachtar, Schalke - w jakich drużynach o podobnym poziomie regularnie występują Polacy? Od II wojny światowej minęło ponad pół wieku, a my ciągle nie potrafimy się odrodzić. Ciągle brakuje zawodników potrafiących grać regularnie na zachodzie przez kilka sezonów z rzędu. Poza Arturem Borucem, żaden polski piłkarz nie jest na tyle mocny, by "brać udział" w europejskich rozgrywkach, a jedynym pocieszeniem jest dla nas mocna obsada ławek rezerwowych w znanych drużynach, które rozgrzewają nasi bramkarze. Jak długo potrwa jeszcze to ciągłe tracenie dystansu do europejskiej piłki? Jeżeli zarządzać naszym futbolem będzie PZPN taki, jaki znamy na tę chwilę - odpowiedź brzmi: bardzo długo.
15:21, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Nieco ponad dwa miesiące temu rozpocząłem cykl "W poszukiwaniu talentu". Pierwszym jego bohaterem był Chorwacki napastnik, Nikola Kalinić. Dziś, w 80 dni po napisaniu tamtego tekstu, były gwiazdor Dinama Zagrzeb jest już piłkarzem Blackburn Rovers. Niebawem rozpocznie on walkę o występy na boiskach Premiership, zatem nie tylko według mojej opinii Nikola to wielki talent. Zachęcony swego rodzaju "sukcesem" i trafioną zabawą w skauta, piszę kolejny artykuł o podobnej tematyce...

A talentu daleko szukać nie trzeba. Mario Mandzukić to były partner Kalinicia z ataku Dinama. Urodzony 21 maja 1986 roku w Slavonski Brod zawodnik, rozpoczynał swoją piłkarską przygodę w niemieckim Ditzingen koło Stuttgartu. Po powrocie do Chorwacji, kontynuował futbolową karierę w swym rodzinnym mieście - w drużynie Marsonia Slavonski Brod. Już tam wyróżniał się bramkowymi wyczynami, co zaowocowało szybką zmianą klubu - na NK Zagrzeb. W barwach stołecznej drużyny Mario występował dwa sezony. W tym czasie rozegrał siedem spotkań w chorwackiej młodzieżówce U-21.


Kluczowe dla Mandzukicia było lato 2007. Wtedy to, największy klub z kraju nad morzem Adriatyckim - Dinamo Zagrzeb, zgłosił się po młodego snajpera. Zaledwie 21-letni gracz miał zastąpić Eduardo da Silvę, Chorwata z brazylijskimi korzeniami, który przeszedł do londyńskiego Arsenalu.
Piłkarz w barwach niebieskich występuje z 17 numerem na koszulce, a wyróżnia się znakomitymi warunkami fizycznymi (186 cm wzrostu), które ułatwiają mu walkę o górne piłki w polu karnym przeciwnika.

Świetne występy w stołecznym zespole przykuły uwagę wielu ekspertów i trenerów, w tym Slavena Bilicia, szkoleniowca seniorskiej drużyny Vatrenich. W reprezentacji napastnik zadebiutował 17 listopada 2007 roku, podczas spotkania z Macedonią w eliminacjach do Euro 2008. Od tego czasu ma na koncie cztery występy dla narodowej jedenastki, a jedynego gola ustrzelił w meczu eliminacji do Mistrzostw Świata, przeciwko Anglii. Mniejsza ilość występów w kadrze Bilicia bierze się głównie za sprawą ogromnej konkurencji w drużynie na pozycji napastnika. Rywalizując z Oliciem, Petriciem, Eduardo, Klasniciem czy wspominanym wcześniej Kaliniciem, wywalczyć sobie stałego miejsca łatwo nie jest. Warto jednak nadmienić, że duet Kalinić-Mandzukić w wyżej wymienionym gronie jest najmłodszy.

Pierwszy sezon w Dinamie zakończył z ligowym dorobkiem 10 bramek i 12 asyst w 29 meczach. Rok później (miniony sezon 2008/09) było jeszcze lepiej - 16 goli w 28 meczach pozwoliło Mandzukiciowi sięgnąć po koronę króla strzelców Prva HNL. Nowy sezon dopiero się rozpoczął, a Mario już ma na koncie 8 trafień! Tego dzieła dokonał podczas czterech ligowych kolejek i czterech spotkań w europejskich pucharach. Potencjał ma ogromny i jeśli pozostanie w zespole mistrza Chorwacji, to pewnie bez problemu sięgnie po kolejnego Złotego Buta. Piłkarz taki jak on, może grać w ligach dużo silniejszych. Przykład Kalinicia pokazuje, że europejscy działacze żywiołowo monitorują rynek bałkański. Jest to jeden z najlepszych kierunków na zdobywanie przyszłych gwiazd piłkarskich. To przecież właśnie ze stołecznego Dinama wywodzą się Luka Modrić, Eduardo da Silva, Vedran Ćorluka, Niko Kranjcar czy Robert Prosinecki i Zvonimir Boban. Ci piłkarze są jego najlepszą wizytówką, a niebawem Nikola Kalinić i Mario Mandzukić, w moim mniemaniu, będą kolejnymi.
10:49, pmamczak
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 lipca 2009
O tym zawodniku chciałem napisać już tuż po Pucharze Konfederacji. Brak czasu spowodował jednak, że dopiero dziś publikuję o nim tekst.

Siboniso Gaxa to piłkarz rodem z RPA, grający w zespole Mamelodi Sundowns, po prawej stronie obrony. Urodzony 6 kwietnia 1984 roku w Durbanie zawodnik, dysponuje bardzo dobrymi warunkami fizycznymi - 185 cm wzrostu i 78 kg wagi. Swoją karierę rozpoczynał w juniorskim zespole Induna Lotz. Drogi Gaxy, zanim trafił do Sundowns, wiodły jeszcze przez University of Port Elizabeth i Supersport United, z którym zdobył mistrzostwo Republiki Południowej Afryki. Od czterech lat regularnie występuje w reprezentacji Bafana-Bafana. Rozegrał do tej pory 25 spotkań w narodowym trykocie.

Zupełnie nieznany i dość egzotyczny dla europejskiej publiki zawodnik, stał się rozpoznawalny po Pucharze Konfederacji 2009. Przed własną publicznością RPA zajęło ostatecznie 4. miejsce, a Siboniso był motorem napędowym gospodarzy. Swoją grą pokazał, że jest gotów na opuszczenie rodzimej ligi. Spotkanie półfinałowe z Brazylią czy też wcześniejszy towarzyski mecz z Polską wpadły mi w oko właśnie z jego powodu. Aktywny udział w ofensywnych akcjach, rajdy prawą stroną i solidna postawa w defensywie - właśnie tym charakteryzował się czarnoskóry piłkarz. Stylem gry przypominał Marcosa Cafu, jeszcze w barwach Romy.

Fakt, to tylko kilka spotkań. Nie widziałem go w meczach ligowych ani nie znam tamtejszej piłki. Moje przeczucie jednak podpowiada, że Gaxa poradziłby sobie w Europie. Piłkarzy z Czarnego Lądu na rynku transferowym nie brakuje (Drogba, Eto'o, Adebayor, Essien, Toure, Keita, Kanoute czy Kalou), ale spośród nich obrońców jest jak na lekarstwo. Czy Gaxa obali ten mit i trafi do któregoś z europejskich potentatów? Wielce prawdopodobne jest to, że defensor zdecyduje się zmienić klubowe barwy dopiero po przyszłorocznym mundialu. Na jego decyzję nam, kibicom z Europy, pozostaje tylko czekać.
10:01, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 czerwca 2009
Jerzy Dudek to wciąż jeden z najbardziej znanych polskich piłkarzy XXI wieku. Dzięki starciu Liverpoolu z Milanem, w finale Ligi Mistrzów 2005, Jurek na trwałe pozostał w pamięci kibiców. Jego kapitalne interwencje i "Dudek Dance" w serii rzutów karnych, to już element najnowszej historii.

Gdzie, nieco ponad 4 lata po tym pamiętnym meczu, jest polski bramkarz? Można by rzec - "na dnie". Piłkarz od czterech sezonów nie gra w pierwszym składzie swojej drużyny, a od grzania ławki rezerwowych ma już chyba odciski.


W lipcu 2007, po przegranej rywalizacji z Pepe Reiną o miejsce między słupkami bramki The Reds, Dudek przeniósł się do Realu Madryt. Od razu zadałem sobie pytanie - "po co?" Skoro z trzecim, w tym okresie, bramkarzem reprezentacji Hiszpanii Jurek sobie nie poradził, to co chce osiągnąć będąc rywalem Casillasa, traktowanego w Madrycie niczym Boga?!

Co przez ostatnie 24 miesiące osiągnął popularny Dudi? Reasumując - 8 spotkań w galaktycznym trykocie, głównie u boku niegalaktycznych kolegów w Pucharze Króla. Może i trenuje z najlepszymi, może zarabia krocie, ale 36-letni bramkarz jest już u kresu kariery i jeżeli chce o sobie przypomnieć kibicom, musi przenieść się do klubu, w którym będzie grywał regularnie. Wielu chętnie zatrudniłoby Polaka. W mediach spekulacji o przyszłości naszego golkipera nie brakuje. Miał iść do Feyenoordu, pytało o niego Portsmouth. Ciągle jednak bez konkretów. Jest doświadczony, mógłby kierować poczynaniami kolegów w defensywie. Do niedawna wydawało mi się to optymistycznym prognostykiem na przyszłość.

Niedawno przeczytałem jednak, że Real zaproponował przedłużenie kontraktu z Jurkiem, a ten zaakceptował nową umowę. Od razu na myśl nasuwa się kolejne pytanie - "w jakim celu?" Czy były reprezentant Polski pogodził się już z zakończeniem kariery bez kropki nad i, jaką postawił w ostatnich sezonach na przykład Edwin van der Sar? Czy liczą się dla niego tylko pieniądze i nie zależy mu na powrocie między słupki reprezentacji? Dla mnie, pozostanie na ławce Galaktycznych będzie właśnie taką deklaracją. Apeluję więc do naszego rodaka - "Odejdź stamtąd jak najszybciej!", choć odnalezienie formy w barwach Portsmouth czy innego średniaka Premiership, wydaje się coraz mniej realne.
12:32, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Kolejna burza medialna wokół Howarda Webba, a zarazem kolejne sprzeczki dotyczące kontrowersyjnego, acz innowacyjnego, przepisu futbolowego. Po raz kolejny poszło o dostępność powtórek telewizyjnych dla piłkarskich arbitrów.

W spotkaniu Pucharu Konfederacji, Brazylia podejmowała dziś Egipt. Canarinhos byli zdecydowanym faworytem tego meczu, ale Faraonowie postawili poprzeczkę nadspodziewanie wysoko. Remis 3:3 utrzymywał się do końca spotkania, pozostał już tylko doliczony czas gry. Z prawej strony boiska rzut wolny wykonywali Brazylijczycy. Po wrzutce i strzale w światło bramki, z ostatniej linii piłkę ręką wybił Ahmed Al Muhamadi. Piłka opuściła boisko i sędzia spotkania (notabene znany z odgrywania głównych ról w doliczonym czasie meczu), Howard Webb, wskazał bez wahania na rzut rożny. Kanarkowi zagorzale protestowali, po czym Anglik postanowił skonsultować się z sędzią technicznym. Ten, po obejrzeniu telewizyjnej powtórki, oznajmił Webbowi, że się pomylił. W takiej sytuacji, główny rozjemca wskazał na wapno, a rzut karny na zwycięską bramkę zamienił Kaka. I tak rozstrzygnęły się losy inaugurującego rozgrywki grupy B spotkania...


Ręka była, co do tego nikt nie ma wątpliwości, ale jakim prawem, Howard Webb konsultował się z sędzią technicznym? Tego nie potrafią wytłumaczyć sobie także Egipcjanie, którzy już przedstawili oficjalny protest do organizatorów turnieju. Jak w tej sytuacji zachowa się FIFA?

Na temat wprowadzenia takiej możliwości mogliśmy usłyszeć wielokrotnie. Zebrania, narady, spotkania FIFA czy UEFA nie dały jednak efektów i w tej kwestii stanowisko piłkarskich centrali jest ciągle takie samo - "bez innowacyjnych zmian". Ja uważam, że jest ono słuszne.

Przerwy w grze spowodowane konsultacjami, szczegółowe zapoznawanie się z powtórkami - to odbierze nam urok futbolu. Meczom przybędzie wiele nudnych momentów i nużących kibiców chwil. Piłkarze mogą w ten sposób stracić koncentrację i zostać wybici z rytmu. Stracimy także wiele magicznych momentów i licznych skandali, a przecież właśnie one tworzą historię! To właśnie bramka strzelona ręką Diego Maradony, rzut karny w meczu z Austrią podczas EURO 2008 czy kontrowersyjne spotkania Barcelony z Chelsea pamiętamy najlepiej. To właśnie takie chwile trafiają do nas najgłębiej.

Sędziowie to także ludzie i pomyłki są wkalkulowane w ich pracę, podobnie jak w zawód piłkarza. Chcąc wprowadzać te zmiany, moglibyśmy iść dalej tym tropem i pozwalać piłkarzom naprawiać swoje błędy. Przecież niedokładne podanie to także błąd zawodnika, który wiedząc gdzie poleci piłka, chciałby zagrać inaczej...
23:58, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 czerwca 2009
Zgrupowanie reprezentacji Polski w RPA dobiega końca, a my ciągle nie wiemy co dalej. Ciężko cokolwiek powiedzieć o przyszłości szkoleniowca, a losy kadry pozostają wielkim znakiem zapytania.

Porażka z RPA i remis z Irakiem to nie wyniki, które można by zaliczać w kategorii megawpadek, ale to nie rezultat, tylko styl jaki zaprezentowali kadrowicze pozostawia wiele do życzenia. Po sobotnich zmaganiach, polscy kibice woleli nie planować wtorkowego popołudnia przed telewizorem. Dziecinne wręcz straty, jak ta „symboliczna” Łukasza Trałki, wołały o pomstę do nieba.

Nie o czasie przeszłym jednak chciałem pisać. Teraz mnie, jak i wszystkich kibiców S-Kadry interesuje przyszłość i postawa biało-czerwonych w eliminacjach do Mundialu. Mecze z Czechami, Słowakami, Słoweńcami i Irlandczykami musimy wygrać, nawet jedna wpadka może odebrać nam szansę na ponowny wyjazd do RPA. Większość już skreśliła podopiecznych Leo, ja jednak wierzę głęboko w sukces Polaków! Potrafiliśmy już ograć w trudnych chwilach Portugalczyków, a także Czechów. Po wpadce z Belfastu szybko podnieśliśmy się i rekordowa strzelanina z San Marino odbudowała zespół. Z większych opresji wychodziliśmy obronną ręką, namolnie podkreślając, że „Polak potrafi”.

Nie zapominajmy, że 10 powołanych zawodników nie pojechało do Republiki Południowej Afryki, notabene postawa co niektórych, jeśli wierzyć mediom, jest haniebna. Dwóch kolejnych (Wawrzyniak i Łobodziński) dzień przed pierwszym sparingiem także opuściła zgrupowanie, a na domiar złego z drobnym urazem zmagał się Fabiański. Bez 13 podstawowych piłkarzy, nawet najlepsze reprezentacje mogłyby ulec dużo słabszym i niżej notowanym rywalom.

Dzisiaj zadajemy sobie pytanie: Co będzie za trzy miesiące? Tego jednak nie wie nikt. Nie możemy teraz ocenić jak zagramy, bo zależy to od zbyt wielu czynników. Co, jeżeli Obraniak okaże się w biało-czerwonych barwach piłkarzem klasy światowej? Co jeśli Jeleń, Błaszczykowski, Dudka i Lewandowski trafią z optymalną formą właśnie na ten miesiąc? A może odrodzi się Smolarek, Boruc czy też Krzynówek? Na kwartecie Jeleń-Błaszczykowski-Obraniak-Lewandowski (Robert) możemy stworzyć nową siłę, a jeśli każdy z nich zagra co najmniej tak jak w klubie robili to w tym sezonie, to o wyniki wszystkich kwalifikacyjnych spotkań możemy być spokojni.

PS Co do Leo – pozostawię to bez głębszych przemyśleń i szerszego komentarza. Byłem zwolennikiem Holendra i do dziś uważam, że głównym winowajcą aktualnego stanu rzeczy jest PZPN. Nie zmienia to jednak faktu, że nie widzę najmniejszych szans na kontynuowanie współpracy między związkiem, a trenerem z kraju tulipanów i wiatraków.
07:08, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 czerwca 2009
Jako że piłkarski sezon ligowy 2008/09 dobiegł już końca, postanowiłem zacząć cykl (tak bynajmniej planuję) artykułów na temat młodych, nieznanych powszechnej publice piłkarzy, którzy mogą za jakiś czas grać w największych europejskich klubach i świadczyć o ich sile.

Dwa lata temu stworzyłem serwis o Bojanie Krkic'u. Portal jednak szybko upadł, brakowało mi czasu oraz zapału do kolejnych inwestycji. Moje przewidywania co do losów ówczesnego 16-latka okazały się jednak trafne i dziś jest jedną z nadziei na przyszłość Barcelony. To właśnie on oraz bohater dzisiejszego tekstu - Nikola Kalinić, zainspirowali mnie do rozpoczęcia tegoż cyklu.


Nikola Kalinić to napastnik chorwackiego Hajduka Split. Urodzony 5 stycznia 1988 roku zawodnik od najmłodszych lat wychowywał się w tym zespole. Urodził się w Splicie i już w juniorskim wieku reprezentował barwy najlepszego klubu w mieście. Napastnik z numerem 9 na koszulce, jest typowym snajperem. Dysponuje znakomitymi warunkami fizycznymi. 187 cm wzrostu pomaga mu w walce o górne piłki przy stałych fragmentach gry. Dla Hajduka strzelił już 30 bramek, w zaledwie 53 występach. Średnia 0,57 bramki na mecz to wynik znakomity, a biorąc pod uwagę wiek Chorwata jest to wydarzenie na skalę europejską.

Ten sezon dla Kalinicia był szczególnie udany. 15 bramek pozwoliło mu uplasować się w klasyfikacji strzelców chorwackiej ekstraklasy na drugiej pozycji, tuż za Mario Mandzukićem. Napastnik Dinama Zagrzeb strzelił jednego gola więcej, a ze swym klubem sięgnął po dublet. Drużyna ze Splitu musiała po raz kolejny zadowolić się zaledwie wicemistrzostwem oraz srebrnymi medalami Nogometni Kup. Za rok jednak, gdy talent NK9 może eksplodować, Hajduk powalczy o wyższe pozycje, a w w Lidze Europejskiej postara się o nie lada niespodziankę.

Wracając jeszcze do bohatera tego tekstu, Nikola ma już za sobą debiut w koszulce w biało-czerwone kraty. W seniorskiej drużynie Chorwacji zagrał dwukrotnie: podczas przygotowań do EURO 2008, w meczu towarzyskim z Mołdawią oraz już w trakcie turnieju mistrzowskiego, w spotkaniu z Polską! Powołanie wysłane przez Slavena Bilicia do Splitu zaskoczyło wszystkich, poniewać Kalinić wcześniej występował tylko w juniorskich drużynach narodowych, notabene w nich grając 35 spotkań ustrzelił aż 30 bramek! Dla mnie zawodnik ten maksymalnie za dwa sezony będzie obiektem pożądania dla największych europejskich marek. Tym bardziej, że chorwaccy napastnicy w Europie cieszą się dobrą opinią, w końcu to z tego kraju wywodzą się Davor Suker, Ivica Olić, Mladen Petrić, Dado Prso czy Ivan Klasnić.
23:02, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 czerwca 2009
Ostatnio brakuje mi czasu na pisanie. Od czterech dni staram się jednak znaleźć chwilę na tekst o Rogerze. Chodzi to za mną od niedzieli i w końcu się zmobilizowałem.

Legia w ostatniej kolejce ligowej rzutem na taśmę zdobyła wicemistrzostwo polski. Na zakończenie przy Łazienkowskiej rozprawiła się z Ruchem Chorzów 4:1, a pierwszego gola dla stołecznych strzelił Roger Guerreiro. Polski Brazylijczyk nie imponował swoją grą w tym sezonie, żeby nie powiedzieć, że rozczarowywał.

Gola Rogera w meczu z Ruchem można obejrzeć TUTAJ.


Po udanym sezonie 2007/08 i burzy medialnej wokół Rogera najpierw prezydent Lech Kaczyński uroczyście nadał mu polskie obywatelstwo, a następnie największy zwolennik talentu Guerreiro, czyli Leo Beenhakker, powołał go na EURO 2008. Zawodnik rodem z Kraju Kawy strzelił dla Polski gola, jedynego na tym turnieju. Kibice byli zachwyceni grą Legionisty. Imponował on znakomitym przeglądem pola, świetną techniką i nienagannym dryblingiem, co w połączeniu z jego szybkością, tworzyło zawodnika niemal kompletnego. Po mistrzostwach Europy, masę spekulacji na temat jego transferu przewinęło się w prasie i innych mediach. Kwota rzędu pięciu milionów EURO, której żądali działacze Legii, skutecznie jednak odstraszała kandydatów na zakontraktowanie piłkarza.

Sezon się rozpoczął, a Brazylijczyk miał pokazać, że jest wybitnym graczem i poradzi sobie w silniejszej europejskiej lidze. Tak się jednak nie stało. Legionista ma za sobą fatalny sezon, a w pamięci pozostaje wszechobecna krytyka jego postawy. Bezbarwna gra na ligowych boiskach i tylko cztery gole w 28 meczach Ekstraklasy ukazują zniżkę formy Rogera. Zawodnik był cieniem samego siebie i z meczu na mecz coraz bardziej niezrozumiałe były decyzje trenera Urbana o obsadzie środka pola. Szkoleniowiec uparcie stawiał na Guerreiro, dając mu kilka „ostatnich szans”, a mimo to zawodnik z szóstką na koszulce grał coraz gorzej.

Podczas trwania rozgrywek polskiej ligi bacznie obserwowałem grę Legii. W mojej głowie zrodziła się taka koncepcja, by w miejsce Rogera ustawić Piotra Gizę. Były zawodnik Cracovii wróciłby na swoją ulubioną pozycję. Już od dłuższego czasu jest w wybornej formie, więc może dla Legii wyszłoby to na plus? Może on wraz z Maciejem Iwańskim stworzyliby środek pola na miarę mistrzostwa kraju? Na prawej stronie można by wtedy było dać szansę Radovicowi, wszak kiedy Serb zasiadł na stałe na ławce, nie grał gorzej niż w końcówce sezonu Roger...

Roger w ostatnim meczu sezonu bramkę strzelił, jednak sytuacja, w której się znalazł po stałym fragmencie gry, była nie do zmarnowania.W prasie znów głośno na temat jego transferu. Kolejki chętnych jednak już nie ma. Cena także chyba spadła, bo wartość zawodnika zmalała znacznie.
Leo Beenhakker, który współpracuje z Feyenoordem Rotterdam, radzi działaczom Portowców ściągnąć właśnie Rogera. Co widzi Holenderski szkoleniowiec w reprezentancie polski? Może chce po prostu przekonać wszystkich, że nie mylił się co do Brazylijczyka i nie chce przyznać się do błędu?
23:59, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 maja 2009
Napisałem o farciarzu, należy więc także słowem wspomnieć o pechowcach tej rundy. Niewątpliwie za takich możemy uznać piłkarzy Cracovii Kraków. Zespół spod Wawela, mimo dwóch bramek strzelonych Lechowi przy Bułgarskiej, zajął 15. miejsce i spadł do I ligi.

O ile porażka Górnika była zasłużona, podobnie jak jego spadek, to Cracovia zagrała niezłe spotkanie z Kolejorzem. Dość powiedzieć, że strzeliła aż dwie bramki, co nie zdarzyło się jej od początku marca! Piłkarze w koszulkach w biało-czerwone pasy zagrali maksymalnie zmotywowani, ale to nie uchroniło ich od spadku.


Przeszkodą nie do pokonania, przez którą Cracovia nie wygrała meczu w Poznaniu był sędzia, Marcin Borski. Obie bramki dla Lecha to dzieła Hernana Rengifo. Obie Peruwiańczyk strzelił z pozycji spalonych. Gole po ewidentnych offside'ach, najpierw po strzale Lewandowskiego w słupek, a później po podaniu Sławka Peszki, odebrały Pasom nadzieję i jedyną szansę na grę w barażach.

W ten sposób, na zupełnie innym pułapie niż lokalny rywal, Wisła, kończą ten sezon podopieczni Artura Płatka. Spadek nie jest powodem do dumy, ale nie można nim też obciążać tylko Borskiego. Fakt, że sędzia z Warszawy odebrał 3 punkty Cracovii w tym spotkaniu, ale cały sezon nie był w ich wykonaniu najlepszy, a na zdobywanie punktów mieli liczne okazje. 14 przegranych i 8 zremisowanych meczów, przy zaledwie 7 zwycięstwach mówi samo za siebie...
21:06, pmamczak
Link Komentarze (3) »
Legia Warszawa, pokonała w meczu 30. kolejki polskiej Ekstraklasy Ruch Chorzów 4:1 i zapewniła sobie wicemistrzostwo Polski w sezonie 2008/09. Przez większą część meczu utrzymywał się wynik 2:1, ale w końcówce, zwycięstwo przypieczętował Takesure Chinyama. Dwie bramki napastnika z Zimbabwe dały mu tytuł króla strzelców! Co prawda tylko ex equo z Pawłem Brożkiem z Wisły, ale to i tak niewątpliwy sukces, biorąc pod uwagę, że wszedł on na boisko dopiero w 73. minucie meczu!

Gole czarnoskórego snajpera Legii padły już w doliczonym czasie gry. Przy obu trafieniach, koledzy z drużyny obsłużyli go świetnymi podaniami, a obrońcy Niebieskich wykazywali się niebywałą niefrasobliwością... Moją uwagę szczególnie przykuła pierwsza bramka: Iwański dograł na lewą stronę do Takesure'a, podczas gdy obrońca Ruchu pośliznął się i padł jak długi przed napastnikiem Legii. Ten stanął oko w oko z Krzysztofem Pilarzem i tej sytuacji zmarnować nie mógł. Gola Chinyamy można zobaczyć TUTAJ.


Przez cały sezon kibicowałem Wiśle Kraków i Pawłowi Brożkowi, a w tym czasie napastnik z Zimbabwe seryjnie marnował liczne okazje w wielu meczach. Chociażby rewanż z Wisłą, sam "Tejksiu" mógł wygrać zaliczając hat-tricka. Kontuzja Brożka dawała mu olbrzymią szansę na zdobycie tytułu najlepszego snajpera Ekstraklasy, ale ten oddalił się po ostatnich meczach.
Zakończenie jest jednak szczęśliwe dla obu zawodników. Zapewne każdy z nich wolałby sam być wyróżniony mianem króla strzelców, a szczególny niedosyt czuje Brożek, ale radość sympatycznego napastnika Legii, którą prezentował po golach z Ruchem w bardzo okazały sposób, pozwala cieszyć się wraz z nim. Chinyama wczoraj przy Łazienkowskiej cieszył się jak dziecko, które otrzymało nową zabawkę (można to zobaczyć na wcześniej wspomnianym filmie). Pokazał, ile radości sprawia mu futbol i jak ważne dla niego są kolejne trafienia. Oby kolejny sezon był dla niego równie udany, bo dzięki temu poziom naszej ligi znacznie wzrasta.
19:08, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 maja 2009
Niepokojące wieści dochodzą z Poznania. Klub prawdopodobnie za kilka dni rozstanie się z trenerem Franciszkiem Smudą. Jego miejsce ma zająć Jacek Zieliński.

Smuda chce podwyżki, chce transferów, ale czy za tak świetny sezon, który po latach posuchy wreszcie ziścił się w Poznaniu, włodarze Lecha nie są mu tego winni? Franz nadał Lechowi nowej siły, jakości oraz świeżości. Wprowadził do drużyny Lewandowskiego, Rengifo, Arbolede, Peszko, Bandrowskiego czy Injaca, którzy przy Bułgarskiej kilkukrotnie zwiększyli swoją wartość.
W tym sezonie wszyscy pamiętamy występy Lecha w Pucharze UEFA, triumf w Pucharze Polski czy okupowaną pozycję lidera Ekstraklasy przez wiele kolejek. Zadyszka w końcówce sezonu i słabsza postawa Kolejorza nie ucieszyły prezesa Rutkowskiego, ale czy musiały nakłonić go do aż tak drastycznych ruchów? Gdzie jego obietnice, gdzie zapowiedzi o tym, że zespół będzie budowany przez jednego trenera 10-15 lat, tak jak ma to miejsce na Zachodzie? (Werder Brema, Manchester United, Arsenal Londyn).

Informacje o zmianie na stanowisku szkoleniowca w Poznaniu nakłoniły mnie do pewnej refleksji: Czy także w innych kwestiach Jacek Rutkowski może nie dotrzymać swych obietnic? Pamiętamy zapowiedzi o tym, że Lech stanie się potentatem rozgrywek ligowych i stworzy pierwszy od lat team liczący się w europejskich pucharach. Za tymi słowami szły zawsze przekonania, iż klubu nie opuszczą kluczowi zawodnicy, bo nie taka jest jego polityka. W przerwie zimowej postawa zarządu Kolejorza była godna pozazdroszczenia, ale mam wątpliwości do tego, czy i w letnim okienku transferowym, Rutkowski i spółka się nie ugną...

Olbrzymie pieniądze wiele klubów oferuje za Roberta Lewandowskiego. Młody napastnik przymierzany był już do Borussi Dortmund oraz SSC Napoli. Semir Stilic już w okienku zimowym miał chęć sprawdzenia swoich sił w szkockim Celticu. Jakiś czas temu czytałem wywiad z podporą defensywy Poznanian - Manuelem Arboledą. Jasno wypowiedział się on, że to już ostatni sezon w jego wykonaniu między Odrą, a Bugiem. Kolumbijczyk chce szukać nowych wyzwań, poza polską ligą. Niejasna jest też sytuacja Hernana Rengifo. Peruwiański snajper wraz ze swym menedżerem liczą na podwyżkę, tej jednak nie jest w stanie zagwarantować im Lech. Strzelec siedmiu ligowych goli w tym sezonie odrzucił propozycję nowego kontraktu i wszystko wskazuje na to, że szeregi Kolejorza opuści najszybciej.

Jak potoczą się losy poznańskiej drużyny? Jakim składem wybiegną Lechici na pierwszy mecz sezonu 2009/10? Czy powtórzą sukces sprzed roku i zajdą daleko w Lidze Europejskiej, która jest następcą Pucharu UEFA? Na te i inne pytania, odpowiedzi znają tylko najwyżej postawieni klubowi działacze. To od nich w największej mierze zależy przyszłość tego klubu. Od ich decyzji oraz determinacji zależny jest status polskiej piłki w najbliższych sezonach.
13:46, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 maja 2009
Za nami kolejny finał Ligi Mistrzów. Nie było pierwszej, historycznej obrony tytułu, nie było także emocji, których mogliśmy się spodziewać. W zasadzie mecz trzymał kibiców w napięciu, ale w moim przekonaniu, brakowało mu tego „czegoś”.

Około 60. minuty spotkania na Stadio Olimpico zadałem sobie pytanie: „Czy już na zawsze jesteśmy skazani na oglądanie finałowych potyczek w takim wydaniu jak dziś? Czy mianem spektaklu będziemy określać kolejne finały tylko z powodu rangi spotkania?”.
Jedno jest pewne: ani Manchester, ani Barcelona nie zagrały takich spotkań, jakie grają na co dzień. W mediach na temat spotkania huczało od kilku dni, wszyscy przymierzali się do pojedynku Messiego z Ronaldo, a w gruncie rzeczy, gdyby ten mecz nie był finałem Ligi Mistrzów, nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Obie drużyny nie zagrały swojej piłki, to nie był mecz jak ligowe pojedynki Barcy z Realem, Atletico, Villarealem czy finał Pucharu Króla. Czerwone Diabły także nie zagrały jak choćby z Arsenalem w półfinale czy Tottenhamem w lidze. Mecz ten wyglądał tak jak dwumecz półfinałowy sprzed roku (0:0 i 0:1), jak dwumecz Barcelona-Chelsea (0:0 i 1:1), czy zeszłoroczny finał LM (1:1). Może nie zupełnie tak samo, ale w każdym z tych spotkań widać, że na tych etapach rozgrywek zespoły skupiają się już tylko na wyniku. 110 milionów Euro przeznaczone dla zwycięzców zrobiło swoje i obie jedenastki zagrały bardzo asekuracyjnie i bojaźliwie. Kilka niecelnych podań, dziecięce wręcz straty, kiedy piłkarze wybijali futbolówkę na aut czy róg zamiast pod nogi swego partnera z drużyny, świadczą o tym najlepiej. Dopiero ostatnie 20 minut gry Blaugrany mogło przypomnieć, że to właśnie mistrzowie Hiszpanii biegają po rzymskiej murawie. Od momentu uzyskania bezpiecznego, dwubramkowego prowadzenia, Barca przeżyła przeistoczenie, włączyła piąty bieg. Efektem i ukoronowaniem zmiany stylu gry mogła być bramka na 3:0, ale Carles Puyol nie popisał się stając oko w oko z Edwinem van der Sarem.

Co do wyżej wymienionej dwójki to mam też pewne obiekcje i w tym tekście nie mógłbym ich pominąć.
Kapitan Barcelony zagrał fenomenalne spotkanie, biorąc pod uwagę, że nominalnie gra na środku obrony. W ofensywie był widoczny niemal tak często jak Dani Alves. Widać jednak było braki u Puyola. Wrzutki bez adresata, najczęściej zagrywane po ziemi, czy brak skutecznego i celnego strzału, w wielu sytuacjach wyjątkowo doskwierały zawodnikowi z piątką na koszulce. Pod koniec spotkania znalazł się w wymarzonej sytuacji przypieczętowania triumfu Katalończyków, ale nie potrafił podciąć piłki i przechytrzyć golkipera United. Zatrzymując się przy bohaterze tej akcji, od razu nasuwa się kolejna myśl – skąd tak słaba dyspozycja van der Sara? Zawodnik, na którym wydawało się, że można polegać w najtrudniejszych sytuacjach, który ratował ManU z największych opresji, a także najstarszy i najbardziej doświadczony piłkarz na boisku popełnił więcej błędów w tym meczu niż przez cały sezon. Kilka strat i niepewnych interwencji, kiksy Holendra oraz pierwsza bramka, której mógł zapobiec, są o tyle dziwne, że przed kilkoma dniami otrzymał „Złotą Rękawicę” w Premiership, co było ukoronowaniem wspaniałego sezonu w jego wykonaniu i passy 1311 minut bez wpuszczonej bramki.

Jeśli już przyszło mi opisać postawę poszczególnych zawodników, to należy słowem wspomnieć też o zapowiadanym długo wcześniej pojedynku Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Swym golem, Messi przechylił szalę zwycięstwa na stronę Barcy oraz prawdopodobnie przypieczętował zdobycie „Złotej Piłki”. Po niezwykle udanym sezonie obu zawodników, to właśnie w Rzymie losy nagrody dla najlepszego piłkarza świata miały się rozstrzygnąć. Najniższy na boisku Argentyńczyk, bramkę zdobył w sposób dość egzotyczny jak na swój styl gry. Świetnym podaniem obsłużył go Xavi Hernandez i Lionel dokonał rzeczy, wydawałoby się niemożliwej. Tu warto także wspomnieć, że nie tylko Messi tą bramką uzyskał tytuł króla strzelców Champions League 2008/09, ale także jego boiskowy partner zaliczając dziewiątą już asystę, przypieczętował tytuł króla asyst. Takowy przypadł mu także w Primera Division, gdzie asystował przy 22 bramkach Blaugrany! Podsumowaniem pojedynku Leo vs. CR7 może być żółty kartonik, który Portugalczyk ujrzał na kwadrans przed końcem, za brzydkie odepchnięcie piłkarza drużyny z Katalonii. Nawiasem mówiąc, to piłkarze United w ostatnim kwadransie zagrali wyjątkowo nieprofesjonalnie i po brutalnych wejściach żółte kartki zobaczyli też Scholes oraz Vidic. Zupełnie nie potrafili pogodzić się z porażką...

Jedno co mnie cieszy, to fakt, że tym razem przeciwnicy Barcy nie mogą sukcesu niebiesko-granatowych „zwalić” na jakiekolwiek inne, pozasportowe kwestie. Sędzia Massimo Busacca podejmował dziś bezbłędne decyzje, rywale grali składem niemal najsilniejszym, a szyki Barcelony były zdziesiątkowane kontuzjami i pauzami za kartki. Do tego pierwszoplanowe postacie w zespole, takie jak Yaya Toure czy Carles Puyol grały na pozycjach zupełnie odbiegających od ich predyspozycji. Tym samym Blaugrana potwierdziła, że na potrójną koronę zasłużyła i ekipa Guardioli osiągnęła coś niebywałego w sezonie 2008/09!

A, byłbym zapomniał! Na zakończenie, pół żartem pół serio, chciałbym wrócić do początku... Transmisja ze strony TVP po raz kolejny okazała się widowiskiem bardziej śmiesznym niż poważnym. Goście, których znamy ze szklanego ekranu, z Maciejem Szczęsnym na czele ekipy „ekspertów”, wprowadzają mnie raz po raz w zabawny nastrój przez spotkaniem. Jak Pan Jacek Gmoch to robi, że jeszcze dobrze nie wejdzie na wizję, a już „dosadzi coś z grubej rury”? Dziś jak Filip z konopii, wyskoczył z podziękowaniami za zaproszenie do studia, czym zdziwiony był nawet prowadzący przedmeczowe studio Rafał Patyra. Komentarz równie wybitnego Darka Szpakowskiego także zwrócił moją uwagę. Nie sposób było nie słyszeć, gdy co kilka minut w uszy kłuł nas PuŹolem i KrYkićem. Dobrze, że w przyszłym sezonie poza ITI, Champions League relacjonować będzie Polsat.

Visca El Barca – Mes Que Un Club!
16:45, pmamczak
Link Dodaj komentarz »
Chelsea Londyn – FC Barcelona, 6 maja 2009r. – chyba każdy kibic wie o tym meczu wszystko. Wiele kontrowersji wzbudził półfinałowy pojedynek Ligi Mistrzów, pomiędzy tymi zwaśnionymi rywalami. Awans do finału przypieczętował w 93. minucie meczu Andres Iniesta, czy zasłużenie?

Nie będę ukrywał, że kibicuję Blaugranie. Ich grą można się zachwycać w nieskończoność, w tym sezonie grają pięknie, z polotem i fantazją, przy czym także skutecznie i szczelnie w defensywie. Każde ich spotkanie w tym sezonie to wielki spektakl, każde poza meczami z The Blues. Guus Hiddink otwarcie przyznał, że nie lubi defensywnego stylu gry, ale był przekonany, że to jedyny sposób, aby zatrzymać Blaugranę: „Jeśli spróbujesz z nimi zagrać otwarty futbol, zostaniesz zniszczony” – to słowa holenderskiego szkoleniowca sprzed meczu.

W moim mniemaniu, Hiddink ustawił swój zespół pod Barcelonę fantastycznie. Fakt, że dla oka, dla bezstronnych kibiców dwumecz ten to żałosny antyfutbol, ale inaczej Londyńczycy nie mieli szans na zdobycie przepustki do Rzymu... O ile gra w pierwszym meczu była brzydka, o tyle spodziewaliśmy się zapewne wszyscy, że w rewanżu Chelsea się otworzy, zagra z większym zaangażowaniem w ofensywie. Nic bardziej mylnego. Piękna, aczkolwiek dość przypadkowa bramka Essiena z dziewiątej minuty meczu ustawiła to spotkanie i sprawiła, że gospodarze rewanżowego meczu wrócili do taktyki sprzed ośmiu dni.

Taktyczna zagrywka trenera The Blues irytowała dziesiątki, może nawet setki tysięcy kibiców futbolu na świecie, zarówno na stadionie jak i przed telewizorami (tudzież przy odbiornikach radia Kuszo FM3). Grali jednak skutecznie. Ale czy Hiddink nie chciał przechytrzyć wszystkich aż nadto? Czy nie chciał być sprytniejszy niż jest? (nie ujmując jego trenerskiej smykałce i wielkiemu kunsztowi szkoleniowemu).

Wg mnie, holenderski trener przesadził w 70. minucie. Po czterech minutach od czerwonej kartki przyznanej defensorowi Barcelony, Ericowi Abidalowi, szeregi Chelsea opuścił Drogba. Miejsce najbardziej wysuniętego napastnika zajął prawy obrońca – Juliano Belletti. W tym momencie, gospodarze grali praktycznie siódemką obrońców. Czy nie lepiej byłoby, by Drogba grał tak jak do tej pory? W drużynie Barcy Pique w końcówce włączył się do ataku, na obronie pozostawali tylko Yaya Toure i Dani Alves, z czego pierwszy nie jest nominalnie defensorem, a drugi to gracz, znany z ofensywnego stylu gry. Czy Chelsea nie mogła spokojnie wyprowadzić jakiejś kontry i rozwiać wszelkie wątpliwości? Mieli przecież na to pół godziny!

Nasuwa mi się w tym momencie na myśl powiedzenie... „Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada”. I tak właśnie podsumowałbym środowy rewanż półfinałowy i taktykę The Blues na Stamford Bridge.

Jeszcze post scriptum dla tych, którzy są urażeni postawą Toma Ovrebo – sędziego tego pojedynku.

Fakt, sędzia wypatrzył wynik tego pojedynku. Ale co gdyby w pierwszym meczu Wolfgang Stark nie gwizdnął przeciwko Barcelonie dwukrotnie, gdy Samuel Eto’o wychodził na czyste pozycje strzeleckie, uznając spalonego? Lub gwizdnął wtedy, gdy Henry był ewidentnie podcinany w polu karnym? Czy gdyby nie pomyłki sędziego spotkania na Camp Nou, Barcelona nie wygrałaby nawet 3:0? Czy wtedy Chelsea nie byłaby zmuszona otworzyć się, a co za tym idzie Barcelona zagrałaby na Stamford Bridge swoje i prawdopodobnie rozgromiłaby rywala, podobnie jak Real Madryt kilka dni wcześniej? Gdybać można w nieskończoność, ale jedno jest pewne – pomyłki sędziego od zarania dziejów są wkalkulowane w futbol i nic już zmienić nie możemy. Pozostaje nam tylko liczyć na to, że Manchester United zagra piłkę otwartą i finał w Rzymie przyniesie nam niezapomniane chwile i emocje.

Dziś kibice Chelsea i Barcelony kłócą się o środowy mecz, każdy forsuje swoje racje. Rozgoryczenie i niesmak możemy dostrzec po stronie Niebieskich. Nie mogą się oni pogodzić z kolejnym przegranym półfinałem. Ale czy nie dlatego żyjemy? Czy nie po to kibicujemy i kochamy swoje kluby? Czyż nie dla takich chwil nasze życie kręci się wokół piłki? Jedno jest pewne – kolejne spotkanie Blaugrany i The Blues, znów naelektryzuje całą Europę i zapewne znów zachwycać się nim będziemy przez wiele, wiele dni.
16:40, pmamczak
Link Komentarze (4) »
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze